relacje z XVII spż

09.02.09

W niedzielę, 8 lutego, na warszawskim Torwarze szczęśliwie zakończyliśmy XVII Szkołę pod Żaglami. Wszystkim uczestnikom dziękujemy za te wyjątkowe trzy tygodnie wspólnej przygody!



Podniesienie bandery

Salut banderą i minuta ciszy w hołdzie Jance Bielak

05.02.2009, Morze Liguryjskie



Zwiedzamy Bonifacio

01.02.09 Rzym i Bonifacio

Zaczęło się normalnie. Jak każda wycieczka dla zwykłych ludzi. Wsiedliśmy do pociągu w Civitavecchia i udaliśmy się do Rzymu. Było dość późno, ale nikt specjalnie nie zwracał na to uwagi. Wszyscy nie mogliśmy się już doczekać, w końcu Rzym to niesamowite miasto! Gdy dotarliśmy na miejsce było już ciemno. Na stację przyszedł po nas Ojciec Karol i zaprosił nas do klasztoru Karmelitów Bosych. Tak, to było miejsce , w którym mieliśmy spędzić noc. Przedtem jednak poszliśmy na Plac Świętego Piotra, który był zdecydowanie niesamowity. W świetle lamp i księżyca wywarł na nas ogromne wrażenie. Wszyscy patrzyliśmy na niego z zachwytem , mimo że na żywo wydawał się nam mniejszy niż w rzeczywistości. Oprócz Placu zobaczyliśmy także kilka innych ciekawych miejsc, m.in. Lożę Masońską. O wszystkich zabytkach opowiadali nam Miki i Ojciec Karol, przeplatając te informacje różnymi ciekawostkami.

Po długiej drodze dotarliśmy do klasztoru św. Pankracego. Dla każdego z nas sytuacja był dość nietypowa, gdyż chyba nikt z nas nie spędził wcześniej nocy w klasztorze. Mimo wszystko ułożyliśmy materace w wielkiej sali i wybraliśmy miejsca do spania. To nie był jednak koniec atrakcji na ten dzień. Okazało się, że wybierzemy się jeszcze do katakumb, które były zbiorowym grobowcem. Około godziny 24:00 cztery grupy ochotników zeszły po kolei do podziemi. Było ciepło, momentami duszno. Do dyspozycji mieliśmy tylko dwie świeczki na grupę, żadnych latarek czy komórek. Sami musieliśmy wybrać odpowiednią drogę. Było dość przerażająco, choć wszyscy dzielnie szliśmy przed siebie. Osoba, która szła jako pierwsza musiała być czujna, gdyż jak się później okazało w katakumbach byli ukryci nasi ,,straszni’’ oficerowie, którzy z krzykiem wyskakiwali na nas zza mrocznych zakrętów. Momentami zaczynałam wątpić i zastanawiać się co robimy w grupowym grobowcu, w którym bez problemu można było dostrzec szczątki ludzkie. Odpowiedź była jedna: wszyscy lubimy przygody i adrenalinę! A satysfakcja, jaką dawało nam straszenie kolejnej grupy była naprawdę ogromna! Po wyjściu wszyscy byliśmy bardzo podekscytowani, zmęczenie nie grało na początku żadnej roli, jednak kiedy zobaczyliśmy ponownie nasze materace postanowiliśmy (odgórnie), że pójdziemy spać. Podczas przygotowań do snu było całkiem wesoło. Wszyscy załoganci w jednej wielkiej sali. Na początku było słychać śmiech i dobrą zabawę, potem już tylko głębokie oddechy i chrapanie.

Wstaliśmy około 6:00! Pora zabójcza, szczególnie, że położyliśmy się o 2:30, więc nikt się nie wyspał. Dzielnie jednak wyruszyliśmy na podbój Rzymu. O mieście tym można powiedzieć wiele. Właściwie trudno jest je opisać. Wrażenie ogromne. Wszyscy byliśmy zachwyceni. Nawet te osoby, które były tam po raz drugi z chęcią oglądały różne zabytki i z uwagą słuchały opowieści Kamyczka, która była-przewodnikiem. Postanowiłam stworzyć listę zabytków, które zwiedziliśmy i krótko każdy z nich opisać, choć nigdy nie będzie to wystarczające odzwierciedlenie tego, co zobaczyliśmy. W kolejności chronologicznej:

1. Bazylika Św. Piotra - ogromna, zdumiewająca, zapierająca dech w piersiach

2. Panteon - przed nim obelisk egipski sprzed 4000 lat, na obelisku krzyż, a wewnątrz kościół

3. Fontanna Di Trevi - budowana 30 lat, doskonale dopracowana, idealne wykonana

4. Kapitol - mimo braku możliwości siedzenia na schodach, ogromny pomnik robi wrażenie, podobno główna postać na pomniku ma wąsy długości około 3 metrów, proszę sobie więc wyobrazić jak wielki musi on być!

5. Forum Romanum - potrzeba dużo wyobraźni, aby uzupełnić brakujące elementy, ale robi piorunujące wrażenie, powoduje, że ludzie czują się tam jak mrówki

6. Koloseum - niesamowity geniusz ludzki!

Każdy musi chyba sam ocenić świetność tych zabytków. Trzeba zobaczyć to na własne oczy. Po wycieczce byliśmy baaaardzo zmęczeni, w pociągu chyba każdy spał, niektórych nie można było wręcz dobudzić. Mimo wszystko ludzie patrzyli się na nas ze zrozumieniem. Podsumowując -wrażenie niezapomniane.

Karolina Drabek, wachta IV

PS. Na koniec chciałam jeszcze dodać w imieniu całej wachty IV - pozdro dla Dodzika!

A tak na poważnie to chcielibyśmy bardzo gorąco podziękować Dominikowi(naszemu oficerowi, który niestety opuścił nas w Rzymie i udał się do Polski) - za wieczny humor, za niesamowite doświadczenie, którym się z nami z chęcią dzielił, za to, że miał z nami świetny kontakt i oczywiście za nocne opowieści! DZIĘKUJEMY!

wachta IV


Lekcja astronawigacji


Koło południa dopłynęliśmy do Bonifacio na Korsyce, czyli do Francji. Już podczas wpływania do zatoki było widać piękne widoki. Czysta woda i nagle wynurzający się z wody ląd, do tego ładnie wkomponowany zamek i mury obronne. Całość nadaje temu miejscu uroku. Po drugiej stronie tego wszystkiego jest kamienista plaża z kolejnymi bardzo pięknymi widokami. Jako że tego dnia było słonecznie i ciepło kilka osób zdecydowało się na zamoczenie w morzu. Te okazało się też ciepłe, tylko że z dnem kamienistym, a było trochę za płytko żeby pływać. Po kąpaniu wiele osób zwiedzało jeszcze to urokliwe miasteczko.

Powoli się ściemniało a w gronie oficerskim i pedagogicznym widać było pewne napięcie i bieganinę, którą próbowali ukryć. Jeszcze nic nie wiedzieliśmy o tym co nas czeka. A miało się dziać się dużo. Przed północą zostaliśmy zaproszeni na film do klasy. W trakcie niegozaczęto nas wyprowadzać nas co jakiś czas w grupkach. Dano każdemu po jednym baloniku który trzeba było przyczepić do kurtki. Było to „życie”. Następnie kazano nam iść ciemnymi schodkami od zamku. Szliśmy schodami w ciemności i nagle spadł na nas człowiek! Okazało się że to kukła. Jako że było ciemno i kilka osób weszło w klimat horroru, było trochę pisku. Za schodami czekała na nas wiedźma z wielkim garnkiem czegoś, co konsystencją przypominało krew. Zadanie polegało na wydobyciu zaklęcia. Jednak nie było to proste - jeśli wyciągnęło się jakieś jedzenie trzeba było je zjeść. Można było trafić na przykład na kawałek cebuli, lub sera. Następnie, już bez niespodzianek, przeszliśmy dalej schodami w górę. Na kolejnym punkcie siedział kapitan, który odgrywał postać boga wiatrów Eola. Graliśmy z nim w kości, ale na zasadach na jakich sobie wymyślił kapitan (chociaż wydawało się że tak trochę bez zasad się grało). W końcu udało się od Eola wynegocjować worek wiatrów. Kolejnym punktem był pijak, któremu wrzuciliśmy coś do puszki. Wtedy dawał „wino” dla cyklopa, i mówił gdzie dalej należy iść. Kolejny odcinek trasy prowadził za miasto aż do dwóch małych wieżyczek. W jednej z nich był cyklop, któremu trzeba było dać wcześniej uzyskaną butelkę i poczekać aż uśnie. Kiedy spał zabraliśmy mu mapę. Następnie przeszliśmy przez cmentarz na stare ruiny nad brzegiem morza. Tam czekała na nas Cyganka która wróżyła z ręki. Potem doszliśmy do ruin fortu gdzie czekał król i inne grupy. Po połączeniu wszystkich kawałków mapy można było wyczytać gdzie była ukryta ambrozja, którą okazały się trzy duże słoiki Nutelli (czyli po jednym słoiku na grupę) i łyżeczki.

Po powrocie na jacht czyli koło pierwszej albo drugiej w nocy, po ściągnięciu wszystkich naszych rzeczy z trasy, dyskutowaliśmy na temat gry. W nocy wypłynęliśmy w ostatni przelot podczas rejsu. Szkoda było opuszczać nam to wspaniałe miasteczko, ale czas nas gonił.

Wojtek Niedzielski, wachta I


Urokliwy port w Bonifacio

Historia ta zdarzyła się czas jakiś temu, w miejscu gdzie być może sam Odys bawił w trakcie swej tułaczki. Grupa wędrowców i poszukiwaczy przygód otrzymała tajemną wiadomość. Wyspa na której się znaleźli jest miejscem, które skrywa ambrozję, napój bogów. Niewiele myśląc zdecydowali się pójść na poszukiwania. Wiedzieli, że muszą chronić pilnie swego życia. Zdawali sobie sprawę, że choć ambrozja będzie mogła wskrzesić poległych, to ktoś musi dotrzeć do końca, znaleźć ukryty skarb. Tak oto rozpoczęli wieloletnią tułaczkę, usianą niebezpieczeństwami i przeciwnościami losu...

Po kilku dniach mozolnej wędrówki trafili na ruiny starego zamczyska. Ruiny te, splamione krwią przodków tego miejsca budziły grozę, paniczny niemal strach. Mimo to podróżnicy weszli do środka. Matijas prowadził pochód a u jego boku szła piękna Karolyn. Oboje, zaprawieni w boju, z wieloletnim doświadczeniem i karbem miliona przygód na karku. Matijas znany był pośród swych towarzyszy z nieprzeciętnego intelektu, luba jego natomiast umiała zapanować nad jego ludźmi i prowadzić ich za wodzem. Nie bez powodu nadano jej przydomek „Mamusia”. Weszli zatem między zimne mury zamczyska. Maszerowali długo ciemnymi korytarzami w głębi starożytnych murów. W powietrzu czuć było stęchliznę i palone kadzidło. Atmosfera stawała się nieznośnie napięta, ucichły wszelkie rozmowy i śmiechy, które nie tak dawno jeszcze gościły w szeregach łowców skarbów. Nagle rozległ się pisk Karolyn. Echo poniosło go po całym zamku, do każdej baszty i wieżyczki. Jednak, gdy inni kompani podeszli bliżej, wzdrygnęli się z obrzydzenia. Na sznurze, tuż przed twarzą przerażonej Karolyn, wisiał człowiek. Zwiotczały, nie żyjący już, najpewniej od wielu tygodni. Coś strasznego niewątpliwie działo się na zamku. Chmury nadciągały z zachodu i zaczynały skrywać gwiazdy i księżyc, które dawały choć trochę światła pozwalającego wędrowcom znaleźć szlak. Matijas wziął ukochaną w objęcia i starał się ze wszystkich sił ją uspokoić. Jednak było trzeba ruszać. Więc gdy Karolyn opanowała się już nieco, poszli dalej podtrzymując biedną kobietę i pomagając jej iść. Dalej, ostrożniej już, sprawdzając każdy zakamarek i mijając z niepokojem każdy zakręt doszli do siedliska wiedźmy. Ta, oparta o obronny mur, pichciła, czarodziejski zapewne, wywar. Wędrowcy, zmęczeni już podróżą, zdecydowali zaryzykować i spytać ją o drogę.

- Witaj wiedźmo, jesteśmy wędrowcami szukającymi ambrozji. Wiemy, że znajduje się niedaleko, jednak nie wiemy gdzie dokładnie szukać... – Osker zaczął rozmowę. Chciał mówić dalej lecz obrzydliwa wiedźma przerwała mu wywód:

- Milcz błaźnie. Jestem tu od niedawna, ale jako jedyna tu posiadam tajemną wiedzę, czerpaną z ksiąg magicznych. Wiem o Was wszystko, znam wszystkie wasze błędy. O biada wam, biada. Jeśli jednak koniecznie chcecie czegoś się dowiedzieć, podejdźcie bliżej. Potrzebuję jednego życia. W tym kotle znajduje się wskazówka. Jeśli wyciągniecie ją, przeżyjecie i pójdziecie dalej, znając dalszą drogę. Jednak możecie też trafić na truciznę, która zrzuci na was chorobę lub śmierć. Jeśli nie skosztujecie wyciągniętego specjału, zabiję śmiałka, który stracił odwagę. Macie trzy próby.

Po krótkiej naradzie wytypowano trzech odważnych. Pierwsza spróbowała Nenna. Trafiła na obleśny kawał starego, surowego mięsa. Zjadła go jednak szybko, wzdrygając się przy tym nieco. Następny, Osker, znalazł tajemnicze nasienie. Skosztował go przy wszystkich wzbudzając podziw zebranych. Na końcu przyszła pora na Przemula. Ten barczysty chłop, silny był jak dąb. I choć intelekt jego był wielkości główki szpilki liczono, że łączy się to z nieodzownym szczęściem. I rację mięli ci, co zaryzykowali jego życie. Przymul wyciągnął spośród cuchnącego wywaru zaklęcie. Na jego dźwięk wiedźma pokazała dalszą drogę, wzdłuż murów zamczyska. Wędrowali więc dalej podniesieni nieco na duchu. Utwierdzeni w przekonaniu o prawidłowej drodze szli dziarsko, uważając jednak nadal na liczne niebezpieczeństwa, które kryć się mogły wszędzie. Po kilku godzinach drogi poczuli przenikliwy wiatr. Droga prowadziła w jego kierunku, w stronę jego źródła. Po męczącej wspinaczce dotarli do kryjówki Eola.

- O Eolu, wiemy, że posiadasz wiedzę na temat ambrozji, czyż nie tak? Pomożesz nam w naszej tułaczce?

Eol uśmiechnął się złośliwie i zaczął brykać wokół swego wora.

- Dobrze – powiedział – ale musicie wygrać ze mną w kości. Wygrana to wskazówka, przegrana to śmierć.

Znów rozpoczęła się narada. W końcu Magdyna zdecydowała się heroicznie zaryzykować swe życie. Eol wstrząsnął kubełkiem. Liczba oczek na 4 kościach wynosiła 13. Magdyna widziała szansę na wygraną. Potrząsnęła kubełkiem i rzuciła. Szybkie liczenie zawiodło wszystkich. 11. Śmierć. Eol strzelił mocnym wiatrem, który zabił Magdyne natychmiast. Wszystkim szkoda jej było, jej słowiczego głosu i siły miażdżącej brzuchy, której nigdy nie oszczędzała nawet dla swoich przyjaciół. Matijas spróbował następny. Wygrał, lecz przewrotny Eol nie widząc w nim woli życia zdmuchną także i jego. Następny próbował Macej. Ten niepozorny chłystek dręczony chronicznym katarem i wiecznie rzucający nieśpiesznymi dowcipami zdobył się na ten akt poświęcenia. Wygrał trzema oczkami. Eol znów chciał zdmuchnąć go z urwiska, ale ten zaparł się i stanowczo kazał Eolowi wywiązać się z umowy. Ten, niepocieszony, podarował im wór z wiatrami i wskazał dalszą drogę. Poszli więc. Niewiele później spotkali biedaka. Wymiotując na przemian z piciem poprosił ich o datek. Podarowali mu trochę cennego prowiantu. W zamian ofiarował im resztkę wina i powiedział:

- Tam, dalej, znajdziecie dwie wieże. W jednej z nich znajdziecie stwora, dajcie mu wina a może on coś wam powie.

Poszli więc. Po jakimś czasie szeroka droga zwęziła się a chmury całkowicie już przesłoniły niebo. Wiatr wzmógł się. Doszli jednak do wież. Czas pewien zastanawiali się czy iść dalej czy jednak wejść do środka. W końcu zdecydowali się zaryzykować. Przeskoczyli zrujnowany, zawalony mur i weszli na teren wieży. Nagle wyskoczył on. Miał jedno olbrzymie, jarzące się w świetle księżyca oko, wielkie stopy i olbrzymie łapy uzbrojone w ciężki miecz. Podróżnicy starali się nawiązać rozmowę jednak krwiożerczy cyklop nie chciał im nic powiedzieć. Poczęstowali go winem jednak to nie uspokoiło potwora. Rozpoczęła się walka. Dzielny Adamus rzucił się na wroga pierwszy. Za nim pozostali odważni woje. Choć po pewnym czasie udało mu się go zmęczyć i oślepić straty były straszliwe. W wyniku walki Adamus zginął dzielnie broniąc towarzyszy. W wojennym zamieszaniu przedziurawił się też wór z wiatrami od Eola. To była prawdziwa klęska. Jednak pielgrzymi postanowili nie wracać i starać się przebyć dalszą drogę bez podarku od boga wiatrów. Nadal jednak musięli wyciągnąć od cyklopa wiadomość o ambrozji. Udało im się w końcu dowiedzieć, że za cmentarzem swój dom ma stara cyganka, która wróżyć może i pomóc każdemu. Jednak ta wskazówka była bardzo mętna. Z dalszych negocjacji też nie udało się nic wyciągnąć. Gdy zrezygnowani chcieli już iść, cyklop poszedł spać. Po upewnieniu się, że maszkara już śpi, wędrowcy przeszukali jego pieczarę i znaleźli mapę. Na razie nic im nie mówiła więc zdecydowali się szukać wiedźmy dalej.

Szli więc niestrudzenie trudnym, wyboistym szlakiem. Doszli nad urwisko idąc przez środek starodawnego cmentarza. Długo, oj zbyt długo szli przed siebie. Znaleźli w końcu piękną, młodą Cygankę. Ta ofiarować chciała swe usługi w zamian za jedno życie. Na szczęście nie brak jeszcze bohaterów w armii tej było, Meliasa bez wahania zgodziła się oddać życie w zamian za pomoc. Tak też uczyniła. Cyganka zabierając tę niewinną duszę ujęła dłoń Maceja i poczęła wróżyć.

- Idźcie w dół, wzdłuż muru – rzekła – drogę do skarbca wskazuje, lecz strzeżcie się bo nie wiadomo co tam na was czatuje!

Podziękowali jej woje za pomoc i ruszyli dalej. Dotarli do groty gdzie spotkali wielu bogów i ludzi, którzy jak oni poszukiwali ambrozji. Postanowili połączyć siły. Rozgorzałą dyskusja nad kierunkiem dalszych poszukiwań, Bogowie pomóc im nie chcieli, obserwować tylko mogli. Więc wędrowcy mapy swe złożyli i odkryli na niej miejsce swego pobytu. Zaznaczony też był punkt. Zaczęli wszyscy przeczesywać okolicę. Pierwszy dzielny Osker, potem Macej, za nim Przemul i cała reszta. Jest, jest skrzynia! Przymul odnalazł ją wśród błota i trawy. Zeszli do groty, otworzyli ją. Ambrozja! Uzdrowili swych zmarłych towarzyszy. Lecz nie koniec to był przygód. Pociski nadeszły z góry, miotane przez tubylców. Rzucili się wszyscy do ataku a ci uciekli, nogi za pas wzięli, że aż się kurzyło. Teraz już spokojnie cała ekipa wrócić mogła i odpocząć.

Cóż to była za gra terenowa! Strachy, duchy, a na koniec pyszna ambrozja! Na Pogorii dokończyliśmy resztę słodkiej nutelli jedzonej łyżką i do koi legliśmy, aby mieć siły na następny dzień.



Taniec cieni

Pamiątkowe zdjęcie grupowe

Kadra XVII Szkoły pod Żaglami

Wachta na oku

Każdy chce mieć zdjęcie na bukszprycie :)

Oficer Dominik i jego wachta

01.02.09 Pompeje, Herkulanum i Castellammare di Stabia

Jest pierwszy wiek naszej ery. Nad Pompejami wstaje nowy dzień. Mieszkańcy budzą się do życia i wyruszają do pracy. Dzień jak każdy inny. Na targu sprzedawane są owoce, korale, gliniane naczynia, w knajpach przesiadują młodzieńcy podjadając drugie śniadanie, a dzieci biegają wokół ludzi bawiąc się w berka. Nagle ziemia zadrżała. Wszyscy skierowali oczy w stronę nieba myśląc, że pewnie ktoś rozgniewał bogów. Jednak to nie bogowie zesłali na Pompeje swój gniew. To Wezuwiusz, który uważany był za wielką górę, rozbudził się po wielu latach snu i postanowił pokazać swoją moc. To były ułamki sekund. Nagle niebo zasnuła wielka czarna chmura, z której sypał się gęsty pył. Wezuwiusz pluł lawą. Jego zbocza paliły się. Potężny jęzor żaru pochłaniał wszystko co miał na swojej drodze. Mieszkańcy Pompejów przerażeni zaczęli uciekać. Szukali swoich rodzin i biegli ile sił jak najdalej od zbliżającej się katastrofy. Pył osadzał się na ziemi i utrudniał ucieczkę. Niektórzy klękali i błagali bogów o przebaczenie. Jednak nie byli oni w stanie powstrzymać potwora przed atakiem na niewinnych ludzi. Byli bezradni, a Wezuwiusz ścigał swoimi gorącymi ramionami wszystkich.


Wezuwiusz groźnie majaczy za horyzontem

Załoga zwiedza Pompeje

Tragedia ta rozegrała się prawie dwa tysiące lat temu, a my dzisiaj odwiedzamy ruiny Pompejów i oglądamy dokonania Wezuwiusza. Miasto musiało być niegdyś malowniczym miejscem, a Pompejanie zapewne wysoko rozwiniętym narodem. Domy budowane były z płaskich cegieł zamiast z kamieni, dwu lub trzypiętrowe z wieloma pokojami, kuchnią, toaletą, bawialnią i ogrodem. Ulice były wąskie i wymagające od obcokrajowców odpowiedniego rozstawienia kół w wozach (co jakiś czas ustawiony był na środku ulicy okrągły kamień przypominający nasze współczesny pasy dla pieszych), a chodniki wysoko usytuowane, aby ścieki wpadały do podziemnej kanalizacji. Monumentalne termy były bardzo rozbudowanymi placówkami. Składały się one z kilku pomieszczeń, które odpowiednio oczyszczały ciało i umysł. Przechadzając się ulicami starożytnego miasta dotarliśmy do dzielnicy Różowych Latarni. Tam kobiety oddawały się mężczyznom o każdej porze dnia i nocy. Co ciekawe były one utrzymywane z budżetu miasta, ale ową informację w przewodniku znaleźli tylko chłopcy :). Pompeje pełniły również funkcję kulturową. Przykładem tego są dwa amfiteatry oraz wielki stadion, na którym rozgrywały się bitwy gladiatorów. W starożytnym teatrze Melisa, Kasia oraz Balonik pokazały nam swoje talenty. Była gra na gitarze, piosenka Marylin Monroe oraz pokaz akrobatyczny. Talentem wykazał się również dyrektor naszej szkoły - Miki wygłaszając wiersz Andrzeja Waligórskiego pt. „Upiór”. Na stadionie nasi chłopcy postanowili odzwierciedlić walki starożytnych gladiatorów. Wybiegli z przeciwnych stron i rzucili się do walki. Ofiar niestety nie było, ale i tak było ciekawie. Gdzieniegdzie polała się krew z łokcia Piotrka, którą nasz lekarz zdołał szybko zatamować . Na koniec chłopcy popisali się swoimi kształtnymi klatkami piersiowymi ustawionymi w równym rzędzie. Zaskoczył nas również „Fikuśny” Maciej, który pokazał nam swe zdolności iluzjonistyczne. W sztuczce wykazał się chwilowym brakiem kości w rękach wyginając je w przedziwny sposób. Nadal nie wiadomo, jak on to robi! Wycieczkę zakończyliśmy miłym spacerkiem wśród starożytnych domów w Pompejach.


Syrakuzy - występy w amfiteatrze


Syrakuzy - amfiteatr

Następnego dnia z samego rana wyjechaliśmy na wycieczkę do Herculanum. Tu również zwiedziliśmy starożytne miasto zasypane pyłem wulkanicznym. W wielkiej kotlinie materiału wulkanicznego wyżłobionej przez włoskich archeologów mieliśmy okazję zobaczyć najbogatsze starożytne miasto przypominające drogie kurorty. Mieszkali w nich najważniejsi przedstawiciele Imperium Rzymskiego. Miasto jest bardzo podobne do Pompejów z tą różnicą, że Herculanum posiadało więcej ośrodków sportowych, m.in. basen i bieżnię oraz znajdowało się tuż nad morzem, gdy Pompeje były położone wysoko na zboczu Wezuwiusza. Miasto to również było przepiękne. Zaprowadził nas do niego sam konsul, od którego dostaliśmy różne ulotki i mapy miasta zarówno starożytnego jak i współczesnego, które rozciąga się teraz leniwie na wybrzeżu. Wycieczkę zakończyliśmy czasem wolnym w Castellamare di Stabia przeznaczając go na drobne zakupy, podziwianie widoków morza z promenady oraz degustacją włoskich specjałów, czyli spaghetti i pizzy.

Wieczorem po przepysznej kolacji przygotowanej przez naszego wesolutkiego kuka Maćka pod pokładem usłyszeliśmy alarm manewrowy. Każdy chwycił swoje szelki i wybiegł na pokład na swoje stanowisko. Silnik zapalony, cumy oddane, odbijacze schowane, żagle rozwinięte i obieramy kurs na Rzym. Wiatr delikatny, więc żegluga spokojna. Pozdrawiamy wszystkich, którzy uważnie śledzą losy dzielnych marynarzy z pokładu pięknej Pogorii.

Aleksandra Hasny-Nena, wachta I


 Siedzę sobie na w Castellammare di Stabia, przechodzą Włosi i pytają skąd, dlaczego i jak. Dziwią się, że tu Polacy, Szkoła pod Żaglami. Mam idealny widok na Wezuwiusza. Jak przypłynęliśmy, było na nim pełno śniegu, teraz została jedynie maciupeńka plamka. Zachodzi słońce i miasteczko przybiera teraz najlepsze kolory. Trzeszczą portowe odbijacze, życie tu się toczy stokroć inaczej, akurat jest sjesta. Zastanawiające jest, co ci ludzie robią w trakcie tego czasu, skoro mają żwirową plażę i promenadę, a nikogo tam teraz nie ma.

Tak jeszcze wspominam Pompeje z wczoraj i dzisiejsze Herculanum. Inspirujące, ile wulkan wypluł z siebie tej parzącej substancji, by antyczny port był teraz 700 m od morza i wiele metrów poniżej powierzchni Ziemi. Dlaczego spotkało to tamtych ludzi, którzy wierzyli, że trzęsienia ziemi to boskie znaki i przestrogi. Czy my też jesteśmy tak naiwni w swoich wierzeniach?

Moja wachta (nr 2) przejmuje dzisiaj kambuz: nakrywanie do stołu, obsługa posiłków, zmywanie naczyń, mycie garów, mopowanie podłóg, sprzątanie kibelków, uzupełnianie papieru toaletowego, odkurzanie itd. Starsza wachty musi przydzielić zadania, sprawdzić czy są wszyscy, odnaleźć się w złych momentach, sprawdzić klar, podjąć decyzje i wysłuchać skarg, kiedy coś pójdzie nie tak..

Jak nie wstaniesz na śniadanie, to później już go nie zjesz. Jak coś zbroisz, nie wyjdziesz w porcie w czasie wolnym. Nie wiem, czego to uczy, a jednocześnie sobie myślę: teraz konsekwencje, a wcześniej wybory. Jest cudownie! Chociaż jak wrócę, to prześpię cały tydzień i będę musiała nadrobić 2 tygodnie nauki w szkole :).

Melisa Kuźniar, wachta II


30.01.09 Jeszcze raz z Neapolu:

PIERWSZE ZMAGANIA WACHT 

Biegnie, pędzi, jest już prawie u celu. Przemek schodzi z pierwszego gniazda, z dołu wszyscy z niepokojem patrzą na jego wyczyny. Doskonale widać, jak jajo ledwo utrzymuje się na krawędzi łyżki. Jeszcze chwila i hyc! Jajo leci w stronę pokładu aby tam zamienić się w biało-żółtą paćkę. Ale nie! Przemek w ostatniej chwili chwyta ten owoc płodności kury, pędem wraca do poprzedniej bazy i znów puszcza się w dół. Przekazuje jajo dalej, a ono bezpiecznie dociera do celu. Przeżyło, jako jedno z dwóch.

Trasa biegu: Najpierw z rufy do drabinek, po drabince do pierwszego gniazda, potem na gniazdo, dalej przeciwną burtą w dół. Na końcu finisz - z powrotem na rufę.  

Sprawdzian z lin już za nami. Pod presją trudno odtworzyć ułożenie lin na pokładzie w tak krótkim czasie. Jednak każdy ma już w dłoni karteczkę. Pokrzykiwania podpowiadających członków wachty i próby mylenia przeciwników. W końcu finałowy bieg Tadeusza wokół statku, sprawdzający poprawność chwyconych lin w swojej wachcie. Wszystko dobrze? STOP. Jaki czas? Czy następna wachta będzie lepsza? 

Czterech ludzi, trzecia konkurencja, dwóch naprzeciw siebie, jedna lina. Ola i Jerzy są już naprzeciw siebie. Lewa ręka przed sobą - na linie, druga trzymając końcówkę szykuje się do strzału. Kamyczek szykuje gwizdek. Zaczęli. Ręce się trzęsą, kto pierwszy podniesie je do góry? Nawet to nie gwarantuje zwycięstwa. Wystarczy jedno szarpnięcie i węzeł może się rozwiązać. Gramy do 5 punktów. Zwycięstwo – dwa, remis – jeden. W końcu finał. Maciej i Jerzy. Po zaciętej walce kończy się rezultatem 5-3 dla Jerzyka.  

Całe zawody komentuje ochoczo Miki. Choć powinien być komentatorem obiektywnym wyrywa mu się czasem okrzyk nacechowany sympatią do swojej, pierwszej wachty. Oficerowie i nauczyciele obserwują, liczą czas, pilnują żeby wszystko było sprawiedliwe. 

W końcu są wyniki. Po wyrównanej walce miejsce pierwsze zajmuje wachta II (9pkt.), drugie - wachta I (8 pkt), trzecie - wachta IV (7 pkt), czwarte - wachta III (6 pkt). To jeszcze nie koniec. Do końca rejsu czeka nas jeszcze kilka tajemniczych konkurencji, a na końcu oficerowie zmierzą się między sobą aby zapracować na punkty dla swojej wachty. Jak to się skończy? 
 

Maciej Rotowski, wachta III


29.01.09

XVII SPZ


     Kilka dni temu mieliśmy okazję odpocząć w przepięknym porcie Catania na Sycylii, po jednym z dłuższych odcinków żeglugi. Ku uldze załogi choroba morska została tylko niemiłym wspomnieniem.

     Przed wypłynięciem nasza jakże pomysłowa kadra zorganizowała nam zawody wacht. Musieliśmy się wykazać zarówno zręcznością, inteligencją jak i poczuciem humoru. Cała zabawa zaczęła się od występu Michała oraz Fikuśnego Macieja, którzy musieli wykupić kilka swych rzeczy. Następnie Miki (ubrany w bardziej artystyczno-francuską niż żeglarską) czapeczkę ogłosił standardowy bieg z jajem. Startowaliśmy pierwsi. Trasa została obstawiona przez dzielnych marynarzy i zaczęło się. Pierwszy odcinek polegał na zwykłym przejściu/przebiegnięciu/przeczołganiu się/etc. (niepotrzebne skreślić) z jajkiem położonym na łyżce, a łyżką w ustach. Poszło jak z płatka, później zaczęły się schody. Kolejny zawodnik z łyżką i jajkiem ułożonym dokładnie w ten sam sposób musiał wdrapać się na.. marsa (pierwszą bazę w super niebezpiecznej drodze na maszt). Oskar dał sobie radę i pałeczkę przejął Super Przemo. Pod koniec schodzenia z rei zdekoncentrował się zapewne pod wpływem silnych emocji (adrenalina, te sprawy), jednak nie stracił zimnej krwi, złapał jajo, wrócił się na górę i pokonał ten jakże trudny odcinek jeszcze raz, bez zbędnych komplikacji. Udowodnił, że ma jaja J. Nasz czas - około 3 minut. Druga wachta też poradziła sobie perfekcyjnie, miała lepszy czas od nas J.  Jerzy, należący do 3. wachty, chcąc jak najszybciej dotrzeć na metę i nie chcąc powtórzyć błędu Przemka dosłownie połknął swoje jajko. Chyba nie było za dobre, bo wręcz prawie zeskoczył ze sporej wysokości plując jajem za burtę. Miki cały czas podgrzewał atmosferę i w chwili, gdy osiągnęła ona temperaturę wrzenia nasz biedny oficer stracił głos. Musieliśmy się wykazać jeszcze znajomością lin i zdaliśmy ten egzamin z najlepszym czasem. Po tej szalonej bieganinie przyszedł czas na rewolwerowców. Dwaj zawodnicy stali obok dwóch krańców liny i musieli jak najszybciej zawiązać na sobie węzeł ratowniczy. Publiczność była skupiona, ale czuć było napięcie w powietrzu. Tę oto najtrudniejszą konkurencję po kilku dogrywkach wygrał Jerzy. Odtańczył cudowny taniec godowy utrzymując, że był to taniec dzikiej radości. Miki powoli odzyskiwał głos, a my zaczęliśmy przygotowywać się do ponownego wyjścia w morze.

     Nazajutrz nasze kochane morze przygotowało nam cudowne powitanie. Wiało niemożebnie, choroba morska niczym zaraza wdarła się na pokład żaglowca. Skutecznie unieruchomiła część załogi w kojach. Koszmar powrócił. Przypadł nam kambuz i niestety pracowała tylko połowa grupy. Oczywiście bardzo intensywnie dbają tutaj o naszą edukację, więc programowy dzień szkolny odbył się normalnie. Na fizyce biedny Adaś robił przerwy śródlekcyjne, by oddać hołd Neptunowi. Przed wejściem do portu (warunki negocjował nasz dzielny Mikołaj) przestało bujać, więc kambuz wrócił do gry z bardzo dużym zapałem. Jesteśmy teraz w marinie i z obawą zastanawiamy się czy choroba morska powróci…

Parzelka – Aleksandra Parzelska, wachta I


XVII SPZ

XVII SPZ

XVII SPZ
XVII SPZ

XVII SPZ


Raport nr 3

Misja:     SPŻ XVII

Kryptonim:    RZEŹ NIEWINIĄTEK

Cel:     PRZETRWANIE

Wroga formacja nr 1:   POSEJDON

Jednostka Pływająca:  STS POGORIA

Agenci do zadań specjalnych:

     Michał Łapiński AKA „Miś”- oficer

     Aleksandra Strukowicz AKA „Lipton”- starsza wachty

      Katarzyna Średniawa AKA „ Katarina”, „Herkules”

     Aleksandra  Słota AKA „Słotka”

     Katarzyna Wirzeska AKA „Wirek”

     Magda Dobrowolska AKA „Madzias”

     Piotr Czerniakowski AKA „Picia”

     Adam Wo ś AKA „Wosiu”

     Jan Dziekiewicz AKA „Niezbędny”

     Michał Kurczab AKA „ Frodo”

     Tadeusz  Grzelczak AKA „Teddy”

     Jerzy Jaraczewski AKA „Jeżyk” 

Do dowództwa:

Starszy Wachty „Lipton” melduje:

Mieliśmy poblemy z łącznością, w związku z tym raport składam z tak znaczącym opóźnieniem. Rekrutacja bowiem rozpoczęła się już dnia 16.01 b.r. Kadeci pochodzili z terenu całej Polski, jednak mimo początkowych trudności, zostaliśmy desantowani na teren wroga już z dniem 17.01 b.r. Oddziałów uderzeniowych uformowanych zostało cztery. Kiedy poznałam członków mojego, zwątpiłam w powodzenie misji. To były harde chłopaki i twarde kobity, jednak w większości ‘świeżynki’, bez doświadczenia w terenie. Oficer natomiast był wymagający i już pierwszego dnia dał to wszystkim jasno do zrozumienia.

Katarina :

Od początku wiedziałam, że nie będzie lekko. Ale właśnie do takich warunków mnie szkolono , twardość i twardzielowatość to podstawa przetrwania. Jednak warunki i zapalczywość wroga przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Już w nocy po pierwszej dobie zmagań, poznałam bezlitosne oblicze walki. Musiałam paść na kolana i oddać hołd (i pół obiadu) na rzecz wrogiej formacji . U reszty oddziału sytuacja nie wyglądała wiele korzystniej. Na nogach i w pełnej mobilizacji utrzymywali się zaledwie Teddy, Madzias i Słotka. Przyznaję, nie spodziewałam się po nich takiej hardości, wyglądali mi na "miętkie" kluchy. 

Madzias:

Hahahaha < śmieje się szyderczo> „miętkie” kluchy?! Kiedy ja już podejmowałam się trudnych misji, oko w oko z wrogiem, oni robili jeszcze w galoty. Jednak, ku mojemu zdziwieniu, kolejne dni pokazały, że nawet ta banda niedoświadczonych młokosów jest w stanie przystosować się do trudnych warunków w jakich przyszło nam funkcjonować .

Płynąc naszym okrętem podbiliśmy  Monako, a następnie obraliśmy kurs na Sycylię (znane siedlisko mafii).  Walka z żywiołem spowodowała wzmocnienie więzi w naszym „teamie”. Żołnierze nabywali doświadczenia i nauczyli się współpracować. 

Lipton:

Nasze kolejne pole walki to było istne piekło! Okazało się, iż wróg jest równie silny na lądzie co i na morzu. Zaatakowali ze zdwojoną siłą w momencie i w miejscu, w którym najmniej się ich spodziewaliśmy. Kiedy cała grupa agentów (składająca się z czterech oddziałów), wyruszyła na rekonesans terenu, padliśmy ofiarą zasadzki, w efekcie której najbardziej ucierpiał mój oddział. Mimo zachowania wszelkich środków ostrożności, podczas zabezpieczania wulkanu Vulcano, uległam osłabieniu mobilności, poprzez skręcenie kończyny dolnej, jednak dzięki natychmiastowej i profesjonalnej pomocy obyło się bez jej amputacji. Oczywiście, wywarło to zdecydowanie pejoratywny wpływ na skuteczność naszej grupy, jednak zawsze są dwie strony medalu i myślę, że to chwilowe osłabienie, w efekcie wzmocniło żołnierzy. Pokazało im, że nie zawsze będę ich niańczyć i czasami na froncie zostaną sami, zdani na łaskę wroga, za jedyną broń mając swe umiejętności, i zaufanie jakie mogą pokładać w „teamie”. Muszę także przyznać, że Madzias idealnie wywiązała się ze swojej tymczasowej funkcji jaką pełniła – zastępcza starsza. Może nawet za idealnie… muszę mieć się na baczności…. 

Słotka:

Nie no, przyznaję nie jest łatwo, jednak nawet starcie na Volcano to kpina w porównaniu z początkowymi trudnościami, które miały miejsce w pierwszej fazie naszej misji. Wróg przedostał się do wnętrza tkanki szpiegowskiej. Mieli przewagę liczebną, atakowali zewsząd, nieprzerwanie i bez wytchnienia. Wpierw przeprowadzili atak frontalny, ‘pomidory z cebulą’ były bezlitosne, szturm był niespodziewany i nie udało się go odeprzeć. Korzystając z naszego zaskoczenia natychmiast po nich ruszyło mleko, wprowadzając  powszechne przerażenie, ponieważ okazało się, iż mimo zachowania wszelkich środków ostrożności, od dłuższego czasu ukrywało się na terenie naszego obozu – w ‘lodówce’, czekając na odpowiedni moment do bezpośredniej konfrontacji. Pokryło niczym falą obejmowaną przez nas pozycję – ‘kambuz’. I choć wydawało się, iż nie mamy żadnych szans, to pomału udało nam się przełamać ich szeregi. Wtedy jednak właśnie przyszły chwile grozy. Otworzyliśmy ‘puszkę Pandory’ – sól, pieprz i cukier – śmiercionośna kombinacja morderców, wojowników i  zawodowych żołnierzy, wysypała się na nas niczym piasek w czasie piaskowej burzy. W chwilę później nastąpiła finalna akcja, ‘sos pomidorowy helmans’ dosłownie roztrzaskał nas w drobny pył. Długo nie mogliśmy się po tym pozbierać, byli wszędzie, opadaliśmy z sił, jednak cudem opanowaliśmy sytuację. Myślę, że głównie dzięki koordynacji i sprawnej pracy w grupie. Nie trzeba oczywiście dodawać, iż pomimo początkowego zawodu, nasz oficer ostatecznie przyznał, że nie było lekko i poradziliśmy sobie z tym, jak na żołnierzy przystało. 

Wosiu:

W Catanii poszło już spoko. Wzięliśmy ich z zaskoczenia i choć nasza pozycja nie była najlepsza to odnieśliśmy mega sukces, i w końcu mogliśmy uderzyć w zasłużoną, mega kimę. Tera jest git. 

Katrina:

Niestety w Catanii też odbyło się zdarzenie, którego wszyscy się trochę cykali, ale z drugiej strony, nie mogliśmy się już doczekać. Chcieliśmy już porównać nasze umiejętności z resztą oddziałów, no bo w końcu jesteśmy najlepsi, nie? W tym właśnie celu ruszyła akcja o kryptonimie „Zmagania Wacht”. Każdy oddział miał zostać poddany szeregowi prób, które miały na celu wyłonięcie najsprawniejszej ekipy.  Adrenalina buzowała. Jednak wspólnie uzgodniliśmy, że lepiej uśpić czujność naszych rywali z konkurencyjnych oddziałów.  Robiliśmy więc co w naszej mocy żeby wypaść najgorzej, i pomimo wielu niekontrolowanych przebłysków (których nie da uniknąć przy tak wyćwiczonej sprawności jaką mamy) udało nam się zachować nasze prawdziwe umiejętności w sekrecie, ale było ciężko. 

Madzias:

Kolejnym naszym celem był Neapol, ale ze względu na niesprzyjającą nam aurę musieliśmy ruszyć na podbój miasteczka znajdującego się nieopodal Neapolu. Cel okazał się być łatwy do zdobycia. Jesteśmy bezpieczni. Ale co będzie dalej? To się okaże…. 

Lipton:

O dalszym rozwoju sytuacji na froncie, będziemy informować dowództwo (w miarę możliwości) na bieżąco. 

 

Z pokładu okrętu STS Pogoria,

Wachta (Oddział Uderzeniowy) III  (Madzias, Lipton, Herkules)


XVII SPZ

XVII SPZ
XVII SPZ

XVII SPZ


27.01.09

Monako pożegnało nas słońcem.

Za nami Monte Carlo, miasto kasyn rzucone na nadmorskie skały, ze swoim jasnym portem luksusowych łodzi.

Przed nami otwarte morze, 5 dni ciągłej żeglugi w stronę Sycylii i słony smak morskiej przygody na naszej wysłużonej brygantynie.

Życie staje się powoli taktem wybijanym przez okręt. Wachta zmienia się w naszych towarzyszy, oficer w przyjaciela i autorytet, Pogoria w dom. Każdy dzień płynie swoim niezmiennym rytmem, przy którym gubi się czas. Który dziś dzień? Jakie to ma tutaj znaczenie. Szczęśliwi czasu nie liczą.

Niech tylko drogi czytelnik nie pomyśli, że to rutyna. Nic bardziej mylnego. Pomimo tego rytmu (niosącego w sobie niezniszczalną pewność jutra) każdy kolejny dzień jest przygodą.

I z każdym kolejnym dniem znikają kolejne problemy.

O chorobie morskiej nie pamięta już nikt.

Po 2 dniach kołysanie przestało przeszkadzać w codziennych czynnościach.

Po 3 dniach stało się czymś normalnym.

Gdy po 5 dniach postawiliśmy stopę na stałym lądzie pewnie poczuliśmy się dopiero z powrotem na okręcie.

Wiem, że powinienem zdać w tym miejscu relację z postępów w rejsie ale… prawda dla jest taka, że tutaj po prostu trzeba być by zrozumieć.

Pisanie o tym rejsie jest jak tańczenie o architekturze.

Bo, drogi czytelniku, pióro nigdy nie odda tego co tu zobaczyliśmy i przeżyliśmy chociażby podczas tych 5 dni.

Tutaj co dzień chciało by się krzyczeć: Trwaj chwilo! Trwaj!

Gdy wrócimy będziemy mówić o tym etapie podróży. O rytmie dnia, o wspólnej walce z morzem i wspólnych zwycięstwach, o spracowanych dłoniach. Snute będą opowieści o klarowaniu żagli wysoko na rejach masztu, o delfinach idących w zawody z Pogorią, o wybrzeżach Sardynii zasnutych mgłą i wspinaczce na wulkan na wyspach Liparyjskich, o tych 5 dniach morskiego życia.

Ale prawda i tak pozostanie taka sama. To wszystko tak naprawdę zrozumieją tylko ci, którzy są tutaj teraz ze mną. Ci którzy przeżyli to samo.

Bo jak, jak nam pisać o tym, jak słodko po ciężkiej nocy smakuje świt koło Korsyki?

Mateusz Cytrowski, wachta IV



Dzień kolejny. Dziś relacja specjalna. 24 stycznia, jesteśmy wciąż w drodze, po krótkim pobycie na liparyjskiej wyspie. Na pokładzie STS Pogoria powstało studio redakcyjne zajmujące się audiowizualną dokumentacją rejsu. W tych, bądź co bądź prymitywnych warunkach, pracujemy nad upamiętnianiem naszych wspomnień, odczuć i emocji. Ja, Oskar Borkowski i Przemysław Barcikowski poświęcamy dziennie co najmniej jedną godzinę na pracę nad projektem. Godzina, wydawało by się czas niedługi. Lecz biorąc pod uwagę ilość wolnego czasu to godzina (a niejednokrotnie czas dłuższy) spędzona na kręceniu, równa jest odebraniu nam godziny snu. Praca nie idzie jednak na marne. Jak będą się mogli Państwo przekonać, z każdą relacją nabieramy doświadczenia. Niestety, jakość filmów nie jest najlepsza. Cały czas jednak staramy się pozyskać lepszy program do montażu materiału, który pozwolił by nam przekształcić nagrania z kamery. Profesjonalnie złożona całość będzie dostępna prawdopodobnie dopiero jakiś czas po zakończeniu rejsu. Tym niemniej pozostawmy na chwilę sprawy nowo założonego studia i skupmy się na bardziej tradycyjnym, pisemnym przekazie…

Maciej Rotowski , wachta IV


Raca, raca na horyzoncie! Patrzcie, widać delfiny!

Coś się dzieje mimo wszystko. Pozorna monotonia rejsu nie daje się we znaki. Choroba morska też już pożegnała pokład naszego żaglowca, więc i humor wszyscy mają lepszy. Kucharz pewnie się cieszy, bo na posiłki popyt jest wielki. Co z tego, że połowa przewidzianego pokarmu trafia na stół i antypoślizgową białą siatkę. Każdy przewrócony kubek czy porcja surówki na spodniach to powód do szczerej wesołości. Tylko biednym kambuźnikom nie jest do śmiechu. Starcie stołu, niby nic, ale po myciu tłustej brytfanki i wyszorowaniu sterty garów, każdy bonus jest irytujący. Poważna kadra stara się zapanować nad posiłkowym chaosem. Nawołują, ba, straszą: Nie krzyczcie bo będzie bujało! Śmiech na sali, ale załoga cichnie kryjąc pod swą wesołością zakłopotanie po zruganiu przez naszego kierownika. Rzecz się dzieje niesłychana, morze jakby także poczuło się w obowiązku posłuchania zaleceń Mikołaja i milknie na kilka chwil. Jednak, tak jak i załoga, szybko zapomina, że zostało zbesztane i dalej hulać zaczyna ze zdwojoną siłą. Lewo, prawo, aż przez bulaje widać morskie tonie. Współmiernie do upływu dni, pierwotna wesołość przeistacza się w znużenie.

To był dzwonek na lekcje. W mesie oficerskiej z Kamyczkiem, w mesie załogowej z Misiem, w klasie z Dominikiem.

Ha, lekcje. Coś nowego. Cóż się będzie działo? Dziwna sprawa, buja we wszystkie możliwe strony, a nam każą kuć. Okazuje się, że nie taki diabeł straszny… Odyseusz spędzał upojne noce przez osiem lat z nimfą Kalipso, Newton wymyślił sekstant, a Diogenes żałował, że nie tak łatwo zaspokoić głód jak inne ludzkie popędy. Porównując ten czas z godzinami przesiedzianymi w szkolnej ławie jest całkiem interesująco. Tu i tam da się zauważyć błędny wzrok uczniów, opadające bezwiednie powieki. Tylko jedna myśl kołacze im się w głowie: Spać!

Trzeba sklarować bombramsla, potrzebne cztery osoby.

Hasło najbardziej chyba pożądane i budzące silne emocje wśród załogi. Kto tym razem? Temu ktoś ukradł pełne szelki, inny próbuje zerwać się z bosmańskiej wachty. I jak tu ma być sprawiedliwie? Limitu przekroczyć nie sposób, po cztery, w niektórych przypadkach 6 osób na reję. A chętnych więcej niż miejsc. Tłoczą się i kłębią wokół drabinek, starając się wzrokiem złapać kierującego akcją oficera i bezgłośnie przekazać mu: mnie wybierz, mnie proszę! Nauczka na przyszłość. Słyszysz, że na reje, to wdziewaj migiem szelki i nie afiszuj się ze swym zamiarem pod pokładem. Tak miło jest podyndać i powiązać, ach, och, ach. Jest kilku sprawiedliwych, którzy swe pełne szelki podarują tym, którzy nie wchodzili tyle wcześniej. Chociaż chęć u nich zawsze okazuje się być nieco mniejsza.

Ależ tu śmierdzi zgniłym jajem! Ale siara!

Vulcano, to jest to. Po pięciu dniach i na lądzie się kiwamy. Miło poczuć, że stoimy na porządnym gruncie, choć początkowo jakoś nam dziwnie. Nie wiadomo co ze sobą zrobić. Stać. Stać. Nawet się trzymać nie trzeba, ni o ściany opierać. Wystarczy stać.

Śmigamy do krateru. Widoki coraz ładniejsze, nasz pułap coraz wyższy. Nie taka łatwa ta kamienista droga. Krater wielki współmiernie do zniewalającego fetoru w miejscach, gdzie siarkowodór białym, kłębiastym dymem opuszcza czeluście monumentalniej góry. Fota, fota, fota, w kieszeń po kamyczku i w dół: Pogoria czeka. Obowiązkowo postój w spożywczym by uzupełnić zapasy wszelkich słodkości i pokładowych przysmaków. Hajda, ponton i łajba!

Czwarta wachta w stroju nawigacyjnym proszona na pokład

No jak to! Ledwie wróciliśmy a tu już nam płynąć trzeba? Nie w głowie nam dyskusje z oficerem. Warunki podobno mają być kiepskie więc ciepły ubiór obowiązkowy. I na pokład. Niespodzianka, już płyniemy! Jak to? No tak, silnik. Jednak silnik to nie żagiel, więc go na foksztaksla zmieniamy chyżo. Jak będzie, jakie prognozy? Wszyscy są ciekawi co czeka nas przez następne kilkanaście, kilkadziesiąt godzin. No więc co? I po chwili wszyscy wiemy. Radio przepowiedziało. Wiatr oszczędzać nas nie będzie. Ale ile? Do 10B.

Wieje wszędzie, zimno wszędzie, co to będzie? Walka będzie.

Ps Ironia ironią. Atmosfera i rejs są fenomenalne…

Maciej Rotowski , wachta IV



Witamy wszystkich z pokładu pięknej, mokrej, czystej (względnie), troszkę zardzewiałej, dzielnej, fenomenalnej, zjawiskowej, wytrzymałej i niesamowitej w każdym calu POGORII!

Jako, że nasi współzałoganci napisali już dużo o swoich przeżyciach, my w przypływie weny twórczej, która przyszła do nas podczas wielogodzinnej przeprawy z Monte Carlo na Vulcano, postanowiłyśmy stworzyć dzieło, które każdego czytelnika wprawi w …(sami zobaczycie!)

W imieniu wachty IV opisujemy nasze wspólne doświadczenia. Zakładamy, że wszyscy znają melodie szant, więc nasza piosenka będzie przeróbką jednej z nich - Tańcowanie. Zapraszamy więc wszystkich do wspólnego śpiewania!


Kiedy wachty nie masz, kiedy spać ci pozwolą
W koi się przewracasz i jest niewesoło
Kiedy wciąż za burtą składasz hołd Neptunowi
Pamiętaj nie poddawaj się złemu humorowi

Ref.:  Patrz, patrz, podziwiaj to i ty
Spraw, by Pogorii żagle w górę szły
Na oku dzielnie stój, w nawigacji też
Ster możesz wziąć kiedy tylko chcesz

Gdy ósemka wieje i reja się chwieje
Przed jedzeniem we wszystkich budzą się nadzieje
Lecz na obiad znów jest puree ziemniaczane
To nic, bo i tak zwrócimy to danie

Ref.: Patrz, patrz, podziwiaj to i ty
Spraw, by Pogorii żagle w górę szły
Na oku dzielnie stój, w nawigacji też
Ster możesz wziąć kiedy tylko chcesz

Kiedy nazw lin nie umiesz, kiedy wyjść nie pozwolą
Kiedy ster Ci ucieka, kiedy nogi bolą
Kiedy jest Ci zimno i do domu już chcesz
Zapomnij o wszystkim i uśmiechnij się!

Ref.: Patrz, patrz, podziwiaj…


Życzymy miłej zabawy i zachęcamy do śledzenia kolejnych relacji regularnie tworzonych przez naszych współzałogantów.

Karolina Drabek i Magda Drapella, wachta IV


26.01.09

XVII SPZ

XVII SPZ

XVII SPZ

XVII SPZ

XVII SPZ

XVII SPZ

XVII SPZ

XVII SPZ

XVII SPZ

XVII SPZ

XVII SPZ

XVII SPZ


21.01.09

Dziś chyba trzeci dzień rejsu. Chyba, bo aby określić datę, każdy potrzebuje chwili namysłu. Jak powiedziała Karolina „generalnie czas jest jak jedna, wielka breja”. Żyjemy na wachty, nie na dni.

Za nami pierwszy przelot, z Livorno do miasta położonego na wzgórzu, słynącego z plaży i hazardu: Monte Carlo. Mimo aktywnego trybu żeglarskiego życia znajdujemy też czas na zwiedzanie. A musimy działać nadzwyczaj intensywnie – czas postoju w porcie i tak nie wystarczy na skorzystanie ze wszystkich atrakcji i zwiedzenie każdego miejsca, które by człowiek chciał zobaczyć. Ale wróćmy na chwilę do początku.

Pierwszy dzień nie pozostawił nam złudzeń – czasu na nudę nie będzie. Zajęcia rozpoczęły się niemal natychmiast. Starczyło jednak czasu na chodzenie po rejach. A chętnych nie brakowało! Każdy chyba wszedł chociaż na pierwszą platformę. Po wstępnym rozlokowaniu się na Pogorii, rozdzieleniu wacht, wstępnym powitaniu i próbie przyswojenia nowych, żeglarskich informacji, ruszyliśmy na miasto. Nie bardzo wiedzieliśmy gdzie skierować swoje kroki, więc szwendaliśmy się uliczkami, spotykając między innymi grupkę groźnie wyglądających czarnoskórych, stojących dzielnie na straży półki z krakersami w supermarkecie. Później, wchodząc w mniej oświetloną część miasta doszliśmy do tajemniczych ruin. Niewiele myśląc wdrapaliśmy się na szczyt pozostałości muru. Przemek tak się rozochocił, że musieliśmy go odciągać od stojącej nieopodal rury po której koniecznie chciał zjechać na dół. Zdziwili nas spacerujący z małymi dziećmi ulicami po północy.
Wróciliśmy na statek, nie znajdując odpowiedniej dla nas kawiarni w jakiej moglibyśmy spokojnie wypić coś ciepłego.
Zapoznaliśmy się więc z pokładowymi wiktuałami jakie serwował nam kucharz. Aby opisać ich wartość kulinarną wystarczy powiedzieć, że chleb do kolacji był gorący i nadzwyczaj miękki. Poszliśmy spać, aby wcześnie rano wstać.
Na szczęście byłem członkiem wachty, która stała przy trapie przed pobudką i nie zostałem zerwany z łóżka przeraźliwym dźwiękiem dzwonka alarmowego. Teraz tylko śniadanie i płyniemy.

Wszyscy staraliśmy się działać sprawnie i choć był to pierwszy dzień żeglugi poszło nam dosyć dobrze. Jesteśmy więc na morzu! Z początku panuje wszechobecny entuzjazm i niemal wszyscy upajają się na pokładzie świeżą, morską bryzą, rozkoszują widokiem fal i ogromnej przestrzeni. Niestety, powód jaki skłania naszą dzielną załogę do pozostawania na świeżym powietrzu szybko się zmienia. Z początku kilku pionierów a następnie już niemal cała załoga odczuwa dolegliwości związane z działaniem błędnika. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, zostaliśmy powitani przez morze sztormem. Już po kilku godzinach mogliśmy zobaczyć w dzienniku jachtowym, w rubryce ‘siła wiatru’ dumnie stojącą i wyprężającą oba swoje brzuchy ósemkę. Mogliśmy poczuć potęgę morza i bryzgi słonej wody na twarzy. Hej ho, godzina po godzinie płynie nam rejs. Mimo przenikliwego chłodu, a może właśnie po to aby się rozgrzać, zaczęliśmy śpiewać szanty. Po kilku wybitych szklankach czas zaczął się dłużyć. A że im chłodniej, tym czas wolniej nam leciał, musieliśmy się w sobie mocno zebrać i działać dalej. I tak w końcu, po kilku zwrotach, kilku męczących przebrasowaniach i niskofrekfencyjnych posiłkach, po ciężkiej nocy wchodzimy do portu. Zmęczeni, ale zadowoleni. Ale nie w głowie nam odpoczynek. Nie spać, zwiedzać!

Na początek oceanarium. Ryby i inne dziwne stwory, które zamieszkują morskie tonie wywarły na części z nas spore wrażenie, innych pewnie nudziły, choć było co oglądać. Od malutkich krewetek, przez, zdawało by się zdeformowane, ryby po gatunki większe i wyraźnie mięsożerne. Powróciliśmy na kolację a po niej znów na miasto.
Na początku trafiliśmy do Carrefour'a. Niby nic specjalnego, poza tym wyjątkiem, że aby do niego trafić trzeba było zjechać windą w głąb skały i przebyć kawałek drogi tunelem. Potem szybkim krokiem (aby wrócić na czas) poszliśmy na poszukiwanie sławnego w Monte Carlo kasyna - oczywiście w celu zwiedzania. Pogoda nadal nie sprzyjała. Na przemian padało, siąpiło, padało, siąpiło… Ale my się deszczu nie boimy i kasyno znaleźliśmy.

Kilka pamiątkowych zdjęć, których wykonanie wspomógł miły pan z obsługi który obdarował parasolem wydelegowanego przez nas fotografa i postanowiliśmy mimo wszystko spróbować wkroczyć do środka. Tak więc ja, Przemek i Magda jako delegacja części grupy, którą się wybraliśmy ochoczo przestąpiliśmy pierwszy próg. Z drugim było gorzej. Podszedł do nas pan w służbowym stroju i poprosił o dowód. Niestety, mimo starań Przemka przekonującego, że ma 18 lat, drugi raz nie zostaliśmy wpuszczeni. Miło było jednak pooglądać luksusowe samochody parkujące przed wejściem. Okrężną drogą, robiąc po drodze mnóstwo zdjęć, powróciliśmy na Pogorię i po śpiewach z gitarą i zaciętej grze w karty, poszliśmy spać. Wszyscy z wyjątkiem tych, którzy pilnowali trapu. Tak w bardzo dużym skrócie rysują się pierwsze dni naszego pobytu na statku. Jutro z rana opuszczamy Monako, kraj którego mieszkańcy nie mogą grać w kasynie ani jeździć motorami na benzynę o 22.

Maciej Rotowski, wachta III
współpraca redakcyjna:
Oskar Borkowski, wachta I
Przemek Barcikowski wachta I




20.01.09

Jak już zostało napisane: 18 stycznia rozpoczął się rejs. A jak rozpoczął się rejs, to i choroba morska… „Pawiowanie”, „bełtanie", wymioty. To tylko niektóre ze stałych zajęć większości załogi i temat wszystkich rozmów. Niestety mamy też inne obowiązki… Było ciężko, szczególnie, że pod wieczór i nocą wiała (podobno) „ósemka” (8 w skali Beauforta), a fale wlewały się na pokład. Byli i tacy co spadali z koi. Nie muszę wspominać, że kolacja i śniadanie w tych dniach nie cieszyły się powodzeniem… Pierwsza doba żeglugi dała nam nieco w kość.

Na szczęście 19 stycznia, przed obiadem morze nieco się uspokoiło i większość z nas zaczęła wracać do formy. Tylko wiatr i deszcz nadal utrudniały nam żeglugę. W końcu dopłynęliśmy do jednego z najbardziej „bananowych” miejsc na naszym globie, czyli Monte Carlo. Przywitał nas deszcz, jednak nie przeszkodził w wyprawie do oceanarium. Osobiście mówiąc: nic wyjątkowego, prócz tego, że grunt nieco bujał się pod nogami…

W tej chwili zbieramy się powoli do spania, z pewnym niepokojem patrząc w kierunku najbliższych dni, z których przynajmniej cztery upłyną w podróży w kierunku Sycylii…a kapitan na apelu zapowiedział podobna pogodę i siłę wiatru.

Jakub Wiśniewski, wachta II


XVII SpŻ

XVII SpŻ

XVII SpŻ

XVII SpŻ

XVII SpŻ

XVII SpŻ

XVII SpŻ










19.01.09


Po długiej podróży autobusem dojechaliśmy do portu w Livorno. Po przerzuceniu rzeczy z autobusu na Pogorię odbył się krótki apel, podczas którego zostaliśmy podzieleni na wachty i rozdzieleni do kabin.
Od momentu przyjazdu, przez cały dzień, mieliśmy krótkie szkolenia o zachowaniu na jachcie, bezpieczeństwie, o linach i żaglach.
Większość uczestników czekała z niecierpliwością na wejście na maszt.
Moja wachta obsługuje dziób Pogorii, dlatego musieliśmy trochę poczekać. W międzyczasie uczyliśmy się stawiać nasze sztaksle oraz brasować reje. Wieczorem doczekaliśmy się wejścia na maszt. Przeżycie niesamowite, tym bardziej że w porcie ludzie przez cały czas obserwowali naszą łódkę.
Pod wieczór po kolacji dostaliśmy czas wolny, a że pogoda była bardzo ładna, chyba każdy uczestnik skorzystał z możliwości pochodzenia po Livorno.
Od 2000 do 2400 moja wachta pilnowała statku (wachta trapowa) i jako że było to pierwsze "pilnowanie", sporo osób "pilnowało" razem z nami.
Rano obudził nas dzwonek. Po zjedzonym śniadaniu rozległ się sygnał do opuszczenia statku. Wszyscy wybiegli z kamizelkami ratunkowymi na pokład.
Były to tylko ćwiczenia.
Po ćwiczeniach wypłynęliśmy z portu w kierunku Monte Carlo. Pierwsze manewry dostarczyły wielu emocji, każdy z uwagą słuchał poleceń swojego oficera. Rozpoczął się rejs.

Wojtek Niedzielski, wachta I


Grotsztaksel


17.01.09
Załoga XVII Szkoły pod Żaglami szczęśliwie dojechała do Livorno. Dziś odbyło się intensywne szkolenie, jutro rano planowane jest wyjście w morze, w kierunku Monte Carlo.

W tym miejscu będziemy na bieżąco umieszczać relacje i zdjęcia nadesłane przez uczestników XVII SpŻ.